Wakacje

       Przez skomplikowaną sytuację w moim domu, nie miałam na nic ochoty. Chciałam zamknąć się w sobie, odsunąć od całego świata, zerwać chwilowo kontakt ze wszystkimi ludźmi… A jednak zdecydowałam się wyjechać na kilka dni do mojej siostry. Zrobiłam to raczej z przymusu bądź jakiegoś poczucia obowiązku, ponieważ wcześniej obiecywałam i zapewniałam ją, że jeszcze w lipcu się do niej wybiorę; czułam, że muszę dotrzymać tego słowa. Ciężko było mi się spakować, z lekkim trudem przyszło mi odnalezienie się w nowym, choć jednocześnie jakże cudownym otoczeniu, ale z każdą chwilą ogarniała mnie coraz większa radość i spokój, którego tak bardzo potrzebowałam. Co tu dużo gadać: ten wyjazd był dla mnie prawdziwym wybawieniem. Dzięki niemu nabrałam pewności siebie i w końcu przemyślałam kilka rzeczy. Ale o tym może innym razem.

You make it real

       Mój nastrój zmienia się dzisiaj jak obraz w kalejdoskopie. Czuję się przytłoczona całą tą sytuacją. Przytłoczona, zdołowana, zmęczona i bezsilna. Gubię się we własnych myślach… Zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem nie wyolbrzymiam tego wszystkiego. Może w rzeczywistości nie mam się czym przejmować? Może powinnam przyzwyczaić się do myśli, że moi rodzice nigdy nie dojdą do porozumienia, ojciec będzie dokuczał mamie z byle powodu, a ona nadal będzie się na to godziła? Tylko jak mogę to zrobić, skoro uważam to za chore…

       Nie mogę pozbyć się wrażenia, że jestem z tym wszystkim sama. Chociaż… W rzeczywistości to ja jestem z tym wszystkim sama. Przecież nikt mnie nie wysłucha. Nikt mnie nie przytuli. Nikt mnie nie pocieszy ani nie powie: Agatko, daj spokój, przecież masz mnie i wiesz, że zawsze możesz na mnie liczyć! Myślałam, że napisanie kilku słów na blogu przyniesie mi choć chwilę ukojenia, ale niewiele mi to pomogło. Może powinnam wyjechać z domu na kilka dni? Nie wiem. Po prostu chciałabym, żeby ktoś mnie z tego wyciągnął.

And I’m running to you baby
Cause you are the only one who saved me
That’s why I’ve been missing you lately
Cause you make it real for me
You make it real for me

James Morrison – You Make It Real

Problem goni problem

       Od piątku sytuacja w moim domu nie jest zbyt ciekawa: mama wróciła tego dnia od Agnieszki, ojciec późnym wieczorem wyskoczył do niej z pretensjami i od tamtej pory codziennie są jakieś kłótnie. Na początku nie chciałam się wtrącać. To są ich sprawy, ich problemy a ja jako dziecko mamy i taty nie powinnam się do tego mieszać – na ogół wychodzę z takiego założenia, ale po wsłuchaniu się we fragment ich wczorajszej dyskusji, nie mogłam dłużej zostać obojętna. Dzisiaj rano powiedziałam mamie, co o tym wszystkim myślę i wierzcie mi, że nie było to dla mnie łatwe. Mama chce walczyć o rodzinę i ma nadzieję, że któregoś dnia wszystko będzie normalnie. Stara się być dobra dla ojca, stara się go do siebie przekonać i sprawić, aby z nami został. Rozumiem ją – możliwe, że będąc na jej miejscu zachowywałabym się podobnie, ale jako dziecko i tzw. osoba trzecia nie potrafię dłużej tego wytrzymać. Zdenerwowałam się i pod wpływem emocji powiedziałam jej dzisiaj: Mamo, ale ojciec się nie zmieni. On się uparł przy swojej racji i zatrzymywanie go nie ma sensu, bo wszystko będzie się powtarzać. Na początku mama nie chciała mnie słuchać. Trochę się posprzeczałyśmy, ja się poryczałam i przez pół dnia chodziłam przygnębiona. Popołudniu, kiedy ojciec wrócił z pracy, znowu miał o coś pretensje i znowu zaczął poniżać mamę. Od tamtej pory prawie cały czas z nią siedzę, nie wiem czemu. Chyba po prostu nie chcę, żeby się denerwowała. No i boję się o nią. Boję się, że w każdej chwili ojciec może zrobić jej krzywdę. Nie jest katem, ale pamiętam, że boleśnie nas lał i na mamę też podnosił rękę – w przypływie szału stać go na wiele. Nie ufam mu. Normalni ludzie nie zachowują się tak jak on: nie wydzierają się, nie poniżają innych, nie wyzywają i potrafią jasno określić, co im nie pasuje i czego oczekują. Bo o co tak właściwie ojciec jest wściekły na mamę? Sama nie wiem.

       Boję się, że tego nie wytrzymam. Że przerośnie mnie ta chora sytuacja. Potrzebuję wsparcia, ale nie mam nikogo, kto mógłby mi go udzielić. Nie mogę się nikomu wyżalić ani wypłakać… Zostałam z tym sama. Jak zawsze. Nie mam do nikogo żalu – po prostu mi cholernie ciężko. Chciałabym, żeby wszystko było normalnie, ale to przecież niemożliwe. Nie wiem, ile jeszcze tak wytrzymam. Dlaczego zawsze ze wszystkim jestem sama?

Życie byłoby łatwiejsze, gdybym była większą ignoratką

       W tym tygodniu utwierdziłam się w przekonaniu, że jestem prawdziwą mistrzynią w komplikowaniu sobie życia! No i powinnam o wiele częściej ufać swojemu instynktowi, bo najprawdopodobniej dzięki niemu nie wpakowałabym się w tyle różnych, dziwnych, zawiłych i stresujących sytuacji. Nie będę zagłębiać się w szczegóły, gdyż nie ma to większego sensu. Dobre wiadomości są takie, że zaliczyłam letnią sesję bez żadnych poprawek (ostatni egzamin napisałam na 4!). Gorsze, że nie mam jeszcze wpisu z angielskiego i muszę jak najszybciej znaleźć miejsce, w którym odbędę te głupie praktyki studenckie. Do tych gorszych można zaliczyć jeszcze plany na wakacje, których nie uda mi się zrealizować – a chodzi przede wszystkim o wyjazd w góry. No cóż… Bywa.

       John Mayer… Nigdy szczególnie za nim nie przepadałam, ale od kilkunastu dni nie mogę przestać go słuchać. Ma bardzo fajny głos i kilka piosenek szczególnie przypadło mi do gustu.

John Mayer – Half of My Heart

Ech…

       Mama wyjeżdża na kilka dni do Agnieszki, żeby pomóc jej przy dzieciach. Oznacza to, że calutki dom znajdzie się na mojej głowie i nie mogę liczyć na pomoc brata ani tym bardziej ojca – oni będą tylko wszystko utrudniać i komplikować. Nie mam pojęcia, jak ja to przeżyję… Tym bardziej, że od jutra zaczynam praktyki i będę wracała do domu około 17. Ugh! Pewnie wiele osób by mnie  wyśmiało, bo jak można się przejmować takimi rzeczami, to coś normalnego – ale dla mnie jest to zupełnie nowa sytuacja. Do tej pory to mama zajmowała się całym domem i trzymała wszystko w ryzach. Gotowanie, sprzątanie, robienie zakupów, podlewanie roślinek, wyprowadzanie psa – to akurat pikuś i nie tym się przejmuję. Najbardziej obawiam się, że nie uda mi się nawiązać z bratem żadnej współpracy i będzie robił to, na co przyjdzie mu ochota. Nie wiem też, czego spodziewać się po ojcu – byłoby najlepiej, gdyby przez te kilka dni w ogóle nie wracał do domu, nawet na noc. Nie licząc moich obaw i drzemiącej we mnie złości (Agata teraz nie ma w ogóle czasu, żeby do Was przyjechać i nie będzie tego specjalnie robiła – dzięki Mamo, wybierałam się tam na weekend! Tylko Ty potrafisz tak cudownie przekręcać moje słowa, sprawiając, że wychodzi z nich zupełnie inna wypowiedź!), cieszę się, że mama w końcu gdzieś pojedzie i jestem pewna, że dobrze jej to zrobi. Byleby tylko już się za mnie nie wypowiadała… Proszę… :(

Hall&Oates – Out of Touch

Wakacje!

       Uff, na reszcie mam wakacje! Dzisiaj napisałam ostatni egzamin i choć szanowna pani profesor jest nieobliczalna i cholernie wymagająca, żywię nadzieję, że uda mi się go zaliczyć. W półtorej godziny rozpisałam się na całe sześć stron formatu A4, raczej nic nie wymyślałam, więc myślę, że należy mi się chociaż ta nieszczęsna trója! Oczywiście nie pogardziłabym wyższą oceną, ale nie chcę robić sobie złudnych nadziei. W czasie mojej wieloletniej edukacji nieraz byłam słabo oceniana, chociaż miałam naprawdę szeroką wiedzę, a na samych studiach taka sytuacja spotkała mnie co najmniej cztery razy. Do pełni szczęścia brakuje mi tylko wpisu z angielskiego, ale to długa historia i nie mam ochoty się tym dzisiaj przejmować. W końcu… Już wakacje!

       Miałam z koleżankami pojechać do parku linowego, ale wycofałam się z tego pomysłu – co ja bym tam robiła z moim lękiem wysokości i skurczopodobnym bólem w łydce? Zaproponowałam, żebyśmy popołudniu wyskoczyły na jakieś piwko, soczek albo lody. Niby się zgodziły, ale ostatecznie nic z tego nie wyszło. To znaczy one sobie gdzieś poszły, a mnie tylko poprosiły o sprawdzenie, gdzie dokładnie znajduje się pewien lokal. W zasadzie to i tak nie miałam ochoty nigdzie wychodzić, jestem za bardzo zmęczona.

       Jutro planuję wybrać się na małe zakupy. Jest lato, słońce nie tylko mnie przypieka, ale także oślepia, więc najwyższy czas zainwestować w jakieś okulary przeciwsłoneczne. Zastanawiam się, czy ze względu na moją dziwną wadę wzroku nie zamówić do nich szkieł korekcyjnych, ponieważ powinnam cały czas chodzić w okularach… No nic, pogadam na ten temat z optykiem, może coś doradzi. Poza tym zbliżają się urodziny mojego brata i muszę kupić mu jakiś fajny prezent. Początkowo zastanawiałam się nad firmową bluzą z logo jego ukochanej drużyny piłkarskiej, której kibicuje od 13 czy 14 lat, ale po chwili wpadł mi do głowy pomysł podarowania mu czegoś, co o wiele bardziej mu się przyda – chodzi o torbę sportową. Kilka razy w tygodniu jeździ kopać piłkę, może w końcu zacznie chodzić na basen, więc taki drobiazg powinien go ucieszyć.

       Zapowiada się całkiem fajna sobota. Podobno ma być upalnie (nie cierpię upałów), ale wieczorem umówiłam się z Ilonką na spotkanie. Chwilę pogadamy, a później pędzimy na noc kabaretową! Co prawda nie jest to forma rozrywki, którą jakoś wyjątkowo kocham, ale nigdy wcześniej nie byłam na takiej imprezie i jestem ciekawa, jak to wygląda na żywo. Żałuję tylko, że nie będzie mojego ulubionego kabaretu Hrabi…

       Nie wiem czy to przez stres, złe samopoczucie, nudę, niechęć uczenia się, głupotę, naiwność, hormony lub jeszcze coś innego – ale od kilku dni zastanawiam się, czy ja rzeczywiście mogę się chłopakom podobać i jak można to w ogóle rozpoznać. Ostatnio znalazłam o tym jakiś tekst w Internecie (klik), który został dość wysoko oceniony. Przeczytałam go i doszłam do wniosku, że jeśli chociaż część zachowań opisanych w artykule naprawdę może świadczyć o tym, że komuś się podobamy, to najprawdopodobniej kilku chłopaków się mną interesowało. Oczywiście nie twierdzę ani nie wierzę, że tak było – traktuję to po prostu jako coś, co mogło być możliwe. Może rzeczywiście nie jest ze mną aż tak źle?

        Muszę jak najszybciej wymyślić odpowiedź na pytania typu: Agata, a ty masz jakiegoś chłopaka? Dlaczego nie? Niedawno się z takim spotkałam i nie miałam pojęcia, co powinnam odrzec. Wymyśliłam coś na poczekaniu i chyba wyszło na to, że mam adoratorów, ale jestem zbyt wybredna (mogę, póki jestem młoda – nie wiem, po cholerę to powiedziałam…) i mam wymagania. Oczywiście nie jest to prawdą i mam nadzieję, że mój kuzyn wyczuł ten niezbyt udany, wręcz żałosny żart lub chociaż się tego domyślił. Może ktoś mi doradzi, co mogłabym odpowiadać? Głowię się nad tym prawie od dwóch tygodni i ciągle nie wymyśliłam nic sensownego!

       Dawno nie pisałam na blogu, więc powstała taka dziwna, niezbyt konkretna notka o wszystkim i niczym jednocześnie.

Jakoś tak słabo

       Dni mijają mi całkiem w porządku, bo ciągle jestem podekscytowana tą cudowną niedzielą, o której w sumie chyba nic nie napisałam (muszę to kiedyś nadrobić!). Ogólnie to wszystko byłoby elegancko, gdyby nie to, że od kilku wieczorów dopada mnie dziwny, w pewnym stopniu melancholijny nastrój. W miejsce radości i chęci do działania wkrada się jakaś zaduma i zmęczenie. Nie podoba mi się to, ale cóż mogę zrobić? Trzeba to jakoś przeczekać, bo pewnie samo przejdzie. Jak zawsze.

       Heh, miałam napisać o tylu różnych rzeczach, ale czuję się jakaś bezsilna. Chyba po prostu położę się już spać.

       Dzisiaj bez piosenki.

Give me love like never before ’cause lately I’ve been craving more

       W mojej głowie eksplodowała bomba, z której wydobyło się setki tysięcy sprzecznych myśli. Od ponad godziny siedzę, słucham Eda Sheerana i staram się je jakoś uporządkować – ale słabo mi to wychodzi. W zasadzie to mam wrażenie, że z każdą chwilą jest tylko coraz gorzej. No cóż, peszek.

       Słucham w kółko tej samej piosenki i zastanawiam się… Dlaczego ja ciągle jestem sama? Dlaczego nie potrafię znaleźć sobie żadnego chłopaka? Co jakiś czas wymyślam kolejne powody tego stanu rzeczy, ale prawda jest taka, że główny problem siedzi we mnie. Ja po prostu nie mogę uwierzyć w to, że ktokolwiek mógłby zwrócić na mnie uwagę. Że mogłabym się komukolwiek spodobać. No kurna, serio, jak to może być możliwe? Na tym świecie stąpa tyle ładnych, zgrabnych, fajnych, mądrych i wartościowych dziewczyn, więc…?

       Gdyby nie to, że mój brat poszedł się kąpać, pewnie ryczałabym dalej, a tak tylko ciągnę nosem i wycieram załzawione policzki. Bo ja naprawdę jestem już tym wykończona… Mam 21 lat i kompletnie nie potrafię w siebie uwierzyć. Czuję się gorsza i mniej wartościowa od innych ludzi, chociaż doskonale wiem, że nie jest to prawdą. Ba! Potrafię nawet podać kilka swoich mocnych stron, ale w zasadzie kogo to interesuje? Wiadomo, że nikogo, bo jeśli ktoś zechce, to sam je pozna. Czasami mam wrażenie, że tylko ja postrzegam siebie jako jedną, wielką chodzącą po tym świecie porażkę – i jest to dla mnie strasznie smutne. Chciałabym w końcu poczuć się dobrze sama ze sobą. Chciałabym uwierzyć, że zasługuję na wszystko, co najlepsze i mogę być naprawdę szczęśliwa. Tylko, że chcieć nie zawsze znaczy móc. A na pewno nie w moim przypadku.

Ed Sheeran – Give Me Love

Nerwy i podekscytowanie

       Jutro mój wielki dzień – chrzciny małej Lili! Tak, tak, to właśnie mnie spotkał zaszczyt bycia matką chrzestną tego malutkiego i ślicznego aniołeczka. Z każdą chwilą moje podekscytowanie rośnie, choć jednocześnie odczuwam jakiś dziwny strach. Nie wiem czemu, ale boję się, że mogę jutro coś głupiego zrobić albo powiedzieć, a nie chciałabym wyjść przed bardzo dawno niewidzianą rodziną na dziwaka ani idiotkę. No i mam nadzieję, że nie doznają żadnego szoku, kiedy zobaczą, co wyrosło z małej, kilkuletniej Agatki (na przykład ja nie spodziewałam się, że mając dwadzieścia lat będę wyglądać tak, jak wyglądam – no ale cóż). Hm… Oby było dobrze. Musi być dobrze!

       Z wielkim utęsknieniem czekam na poprawę pogody. Nie dość, że te chmury i deszcze nie wpływają zbyt dobrze na moje samopoczucie, to jeszcze nie mam jak wybrać się na pierwszą przejażdżkę moim nowiutkim rowerem. Już wczoraj mnie korciło, aby śmignąć sobie chociaż tam i z powrotem, ale zabrakło mi siły i czasu, dzisiaj jestem jakaś osłabiona, jutro praktycznie cały dzień nie będzie mnie w domu… Więc najwcześniej będę miała okazję wypróbować swojego harleya dopiero w poniedziałek. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz jechałam na rowerze, więc zastanawiam się, czy po tak długiej przerwie nie będę miała jakichś problemów z utrzymaniem równowagi albo coś w tym stylu. Wiem, że to głupio brzmi, ale taka prawda. Wsiądę na rower, ruszę, gibnę się, spadnę i co wtedy będzie? :D Z kimś byłoby mi łatwiej i raźniej, ale żadna z koleżanek nie ma roweru, a brat, co tu dużo gadać, po prostu się (mnie) wstydzi. Może słusznie. Ugh! Skąd w ogóle pojawiają się w mojej głowie takie negatywne myśli?

       Daryl Hall – jedna z moich wielkich miłości. Kocham gościa za wspaniały duet z Oatesem, za jego muzykę, głos i tę cudną czuprynę, której mu cholernie zazdroszczę. Jakbym miała wehikuł czasu, cofnęłabym się do tych lat 80… Chociaż nie, ja nawet dzisiaj wybrałabym się na koncert Halla i Oatesa, chłopaki ciągle są w świetnej formie! Aczkolwiek wstawię tutaj link do piosenki, dzięki której zapragnęłam poznać ten duet bliżej.

Daryl Hall & John Oates – Everytime You Go Away

P.S. Zawsze, kiedy oglądam ten teledysk, odnoszę wrażenie, że mogłabym w nim występować i tańczyć koło Daryla, bo robię to bardzo podobnie, hihi.

Chwila przerwy, więc notkę napisałam

       Zaliczanie letniej sesji idzie mi zaskakująco dobrze. Co prawda nie mam jakichś powalających ocen, bo do nauki przed każdym kolosem i egzaminem siadam zazwyczaj jeden, góra dwa dni przed, ale do tej pory zaliczyłam wszystko, co było do zaliczenia. Nawet tego poniedziałkowego potwora! Śmieję się, że to taki drobny prezent od losu z okazji moich urodzin, bo nie wiem, jak inaczej mogę wytłumaczyć tę haniebną i jednocześnie sprawiającą tyle radości tróję z minusem. Do końca sesyjnej wojny pozostały tylko (i aż) dwa egzaminy, więc najgorsze mam już chyba za sobą. A może nie? Nieważne.

       Ostatnio przypomniał mi się pewien chłopak, z którym chodziłam do jednej klasy w liceum. Matko! Aż ciężko mi uwierzyć, jaka ja byłam kiedyś głupiutka! Caluteńkie dwa lata zawracałam sobie głowę PS, choć wiedziałam, że nie jest to chłopak dla mnie. Nie wiem, co w nim widziałam, ale wiem, dlaczego tak się na niego napaliłam: gdzieś głęboko w swojej podświadomości wierzyłam, że dzięki niemu uda mi się w końcu dowartościować i wyleczyć swoje kompleksy. Był bardzo pewny siebie i chyba to jedyny powód, dla którego zwróciłam na niego uwagę; Piotrek, gdyż właśnie tak się nazywał, nie podobał mi się fizycznie, nie odpowiadał mi jego gust, poglądy ani zachowanie, ale łudziłam się, że jeśli jakimś cudem mu się spodobam i będziemy razem, to on się zmieni i wszystko będzie wspaniale. Oczywiście szanowny PS w żadnym wypadku nie zamierzał się mną zainteresować, gdyż, że się tak wyrażę, nie byłam jego godna i pochodziłam z niższej ligi – ale nastoletnia głupota rządzi się własnymi prawami, dlatego ja łudziłam się dalej, aż do końca drugiej klasy LO.

       Chwilami ciężko mi uwierzyć, jak bardzo zmieniłam się w ciągu ostatnich 2-3 lat. Nie wiem, czy na lepsze – ale na pewno dojrzałam, zrozumiałam wiele rzeczy, zaczęłam się bardziej cenić i wiem, że zamiast czekać na księcia z bajki, który może się w ogólnie nie pojawić, powinnam sama pracować nad swoim szczęściem i poczuciem spełnienia. Moje najskrytsze marzenia pozostają niezmienne: nadal chciałabym mieć spokojne życie, założyć rodzinę i móc robić to, co sprawa mi przyjemność; chociaż są to bardzo proste pragnienia, w dzisiejszych czasach bardzo ciężko je osiągnąć. Czy możliwe jest odcięcie się od tego szalonego wyścigu szczurów? Czy poznam odpowiedniego mężczyznę, który będzie w stanie zagwarantować mi bezpieczeństwo, troskę i miłość? I czy odrodzi się we mnie natchnienie, którego od tylu miesięcy mi brakuje?

John Mayer – XO